Ścieżka Serca, co to jest i skąd pochodzi ten termin?
12 sie 2007 napisał Piotr
[Wątek ten będzie edytowany i rozbudowywany w miarę moich postępów w nauce jak i umiejętności w przekazywaniu dostępnej wiedzy.]
*
Dwoje ludzi patrzy na to samo, a widzą dwie różne rzeczy – oto niezgłębiona tajemnica ludzkiej duszy.
Zbyt dużo słów, prowadzi do nadużyć i odrzucenia wywołanego brakiem zrozumienia.
Zbyt mało słów, tworzy niedomówienia, które z biegiem czasu zmieniają się w rytuały i zabobony.
Wszelkie poszukiwanie i odkrywanie jest z natury pasjonujące, lecz to co wyniknie z tych poszukiwań będzie tak długo bezużyteczne, dopóki nie znajdziemy dla tego zastosowania.
*
Wyjaśnienie
*
[Biorąc pod uwagę powyższe słowa, po raz kolejny zmieniłem całkowicie zawartość tej zakładki, pewnie nie jest to zmiana ostateczna, ale i tak jestem dobrej myśli. Zawsze coś się zmieści między „jest” a „nie ma.”]
*
To co jest widoczne każdy może zobaczyć. Opisywać więc tego akurat nie czuję potrzeby, literatura piękna zajęła się tą kwestią w sposób zupełny. To czego nie widać opisują też filozofowie i literatura fantastycznonaukowa, często kusi mnie spoglądanie w tamtą stronę, jednak, tym razem w tym kierunki też nie podążę. Jest jeszcze coś o czym tylko czasem wspominają jedni i drudzy. Jakby spoiwo, które często łączy słowa opisujące to co znane i to co jest nam nieznane w jedną pojmowaną w danym momencie całość. Właśnie tą drogą spróbuję dojść do celu, który sobie wypatrzyłem. Celem tym, jak tytuł tej zakładki wskazuje jest Ścieżka Serca. Cel sam w sobie jest delikatnie określając, odrobinę abstrakcyjny i niekonwencjonalny. Być może, w końcu wyjaśnienie całość zagadnienia okaże się proste. Dlatego uważam, że zwykłe wypróbowane metody mogą być niewystarczające, lub nie spełniać założonych oczekiwań. Stąd biorą się moje poszukiwania nowej formy. Także dotyczy to zmian w tekście zawartym w tej zakładce. Zmiany te są wywołane moją praca nad sobą. Ponieważ jak się zorientowałem już wcześniej, podążanie do celu okazało się całkiem ciekawym procesem. Jednak pojawiły się też komplikacje w przekazaniu w jakiejś sensownej formie informacji o tym procesie. Spowodowane jest to tym, że proces ten podąża przez obszary które raz „są” a raz ich „nie ma.” Trudno jest coś pisać sensownie o rzeczach, których „nie ma,” choć jak widać dzieją się one przed oczami. Jest to tylko ograniczenie wynikające z braku odpowiednich słów pozwalających opisać to czego akurat w danej chwili doświadczamy. W momentach kiedy proces przebiega przez „znane” tereny, opis rozwija się tak jak należy, ponieważ posiadamy odpowiednią do tego składnię, ale czasem może też wywołać zupełnie zbędny niepokój u obserwatora, opis wtedy może razić swoją niekompletnością, ponieważ pozostałe uzupełniające części składowe tego procesu znajdują się akurat wtedy po stronie której akurat „nie ma” w znanym dla mnie opisie. Widocznie potrzebuję nauczyć się nowych metod opisu, albo wejść w działanie i tyle, darując sobie wtedy całkiem opisy. Kwestia wyboru. Proces i tak „dzieje się” niezależnie od tego co intelektualnie o nim w danym momencie życia wiem, lub to jak umiem go opisać! : )
*
Wstęp
*
W moim osobistym przypadku zbliżenie do Ścieżki Serca nastąpiło dzięki przewodnictwu znanych wszystkim nauczycieli, oto oni: Carlos Castaneda, OSHO, Miguel Ruiz, Gurdzijew. Bez ich wprowadzenia w temat, raczej nic w tym miejscu sensownego bym nie potrafił napisać. Oczywiście potem pojawili się następni, jednak bez początkowego wpływu wiedzy, któregoś z tych nauczycieli, dla mnie osobiście nie istniała by nawet możliwość rozpoczęcia nauki o sercu. Jest wielu innych wybitnych nauczycieli na świecie. Wcale nie umniejszam w żaden sposób ich znaczenia. Widocznie moim przeznaczeniem byli akurat ci, dlatego milczę w tej chwili o wszystkich pozostałych.
Ścieżkę Serca z punktu widzenia rozwoju w jakim znajduję się w obecnej chwili tj roku 2008 mogę opisać jednym zdaniem. Co zresztą uczynię:
Z fizjologicznego punktu widzenia człowieka – Ścieżka Serca jest to prawidłowo funkcjonująca czakra serca, Anahata.
To wszystko. Właściwie można by już po tym stwierdzeniu zakończyć ten wątek. Postąpiłem tutaj zgodnie z wzorem jaki dają nam wschodni nauczyciele – na samym początku nauki student otrzymuje dyplom z ukończenia nauki. W praktyce wygląda to tak, że dostaje on do rąk cel jakim stanie się zwieńczenie jego nauki. Jednak mało który student tak naprawdę wie co otrzymuje, on otrzymuje jakby światło latarni, która oświetla mu drogę do celu, teraz już tylko od jego własnej nieustępliwej woli zależy czy zechce dowiedzieć się jakimi metodami osiągnąć zrozumienie dla tego już na samym początku wyraźnie ukazanego celu nauki. Dostaje możliwość wyboru. Dostaje idee czy też myśl, która prowadzi go do obranego celu.
Czwarta czakra stanowi pomost, jest wyjściem z poziomów zwierzęcych instynktów na wyższy poziom świadomości. Jest to wzrost wertykalny, a zarazem przestrzenny. Od czwartej rozpoczyna się szacunek do wszelkich przejawów życia. Dopiero wtedy można powiedzieć, że jestem na tym świecie a nie posiadam go. Jest to tylko jeden stopień wyżej, od powszechnie panującego na tym świecie, ale zmiana poziomu świadomości jest wtedy ogromna. To prawdziwy skok kwantowy, czwarty wymiar. Środek ciała; 4 czakra Anahata. Serce.
*
Początki
*
Początki są bardzo istotne. Patrząc na średnią długość życia człowieka to jest mi trudno pominąć początkowe 25 lat życia w których uczymy się i zdobywamy wiedzę o świecie. Pominięcie tych lat uważam za błąd pojawiający się u wielu trenerów i nauczycieli, ponieważ to właśnie lata te stanowią zwykle materiał wyjściowy do dalszej pracy nad sobą. Brak zainteresowania tym z kim w rzeczywistości się pracuje, jest zwykłą arogancją i chodzeniem ścieżkami pieniądza, a nie serca. Mam na myśli pracę nad sobą tutaj w naszej kulturze europejskiej. To istotne. Ponieważ u nas w cywilizacji białego człowieka poddawani jesteśmy edukacji, która czyni z nas wybitnych specjalistów, jednocześnie nie posiadamy dla zrównoważenia odpowiedniej wiedzy emocjonalnej i duchowej. Uważam że trzeba zawsze brać ten fakt pod uwagę. Co z tego że jesteśmy wybitnie zaawansowani naukowo i technologicznie? Co z tego że nauczyliśmy się kilkanaście różnych technik medytacyjnych? Czy to zmieniło nas w środku? Czemu mimo tych zmian, ludzki duch nadal cierpi i skąd biorą się problemy związane z emocjami?
Edukacja mechaniczna, a w jeszcze wcześniejszych latach życia udomowienie czyli socjalizacja społeczna, okazuje się, że nie uczy o całości człowieka. Wiele tematów niestety jest pomijanych… Ktoś widocznie uznał, że nie są one potrzebne. Faktycznie do automatycznego życia wyższe dążenia i idee są zupełnie zbędne. Religie i politycy potrzebują tylko posłusznych wyznawców i niewolników. Czująca, złożona jednostka może stać się nieposłuszna, dlatego potrzebne jest utrzymywanie jej w ciasnocie umysłowej. Do tego celu idealnie służy edukacja. Dlatego rządy i religijne organizacje uzurpują sobie władzę nad naszym wychowaniem. Człowiek poddany jedynie procesowi edukacyjnemu, a który sam dalej się nie rozwija, ma często niekompletny osąd całości swego życia. Fakt ten podczas późniejszego nauczania powinien być zawsze brany pod uwagę.
Właściwym celem edukacji powinno być takie ukazanie całości świata, aby uczeń sam z siebie potrafił w pełni dostrzec to co jest. Wtedy dopiero może wybierać. Robić coś świadomie. Jeśli w pełni będziemy zdawali sobie sprawę z tego co jest i to zrozumiemy, będziemy wówczas od tego wolni. Niestety nasza cywilizacja jest mało zainteresowana tym by dawać pełne zrozumienie. Oczywiście dostajemy różne wycinki całości. Takie postępowanie generuje tworzenie wybitnych specjalistów. Taki człowiek gdy spotyka się z zagadnieniem, które jest mu nieznane zatrzymuje się bezradnie. Woła innych specjalistów, ponieważ jego wiedza staje się niewystarczająca w takiej chwili. Jeśli inni też nie dają rady, wtedy pojawia się problem. Tak się niefortunnie składa, że uczeni jesteśmy od dzieciństwa tego, że to ktoś za nas trzyma ster naszego życia, albo ster naszej społeczności, ster naszej wiary, ster naszych myśli. Niestety jest to kłamstwo. Nawet jeśli jest na odwrót i wydaje się nam, że jesteśmy opuszczeni i sami sobą sterujemy na tym świecie, wtedy też jest to kłamstwem. Jednak mimo tego, nadal poddajemy się temu, otrzymując pozorne bezpieczeństwo, w zamian za wyrzeknięcie się wolności. (Bezpieczeństwo należące do przynależności albo oderwania od świata, zależy jaki model wychowania otrzymaliśmy w dzieciństwie.) Reguła ta powiela się siłą rozpędu i bierności. Później tak samo lekko oddajemy w obce ręce dalszą edukację swoich dzieci, a co za tym idzie; ster naszego życia w teraz. Dzieci szybko dorastają jednak to co zostało im wpojone, może objawić się w ich każdym późniejszym teraz, które doświadczają w życiu. Co dla mnie ten fakt oznacza w praktyce? Dostrzegłem, że moje wychowanie i edukacja cały czas kształtują moje postrzeganie rzeczywistości oraz moje reakcje emocjonalne w bieżącym teraz, które odbywa przed moimi oczami. Praktycznie oznacza to tylko tyle, że powinienem coś z tym zrobić, po to bym nie musiał powtarzać utrwalonych mi wcześniej wzorców. Czyli biegać z problemem od specjalisty do specjalisty.
Najłatwiejszą i często spotykaną metodą jest zrzucenie winy gdzieś na zewnątrz. Stwierdzenie, że winni tego wszystkiego co się ze mną dzieje są np rodzice lub nauczyciele. Niestety takie rozwiązanie nigdzie nie prowadzi. Problem wtedy nadal tkwi wewnątrz nas i przejawia się poprzez rezonans z otoczeniem. Wygląda to tak, że gdziekolwiek się udamy problem pojawia się tam razem z nami. :) Dzieje się tak dlatego, ponieważ jest on ukryty głęboko wewnątrz nas. Dlatego samo uświadomienie sobie faktu, że ktoś zrobił nam kiedyś jakąś krzywdę jeszcze nic nie oznacza. Trzeba tego chwasta, którego sobie już uświadomiliśmy usunąć z własnego wnętrza. Zrobić to naprawdę. Zamiast użalania się nad sobą przez całe życie. Wtedy dopiero zaczyna się to co nazywam prawdziwą pracą nad własnym rozwojem.
Pozornie sytuacja taka może wydawać się bez wyjścia. Otóż nie. Istnieje rozwiązanie pozwalające nam zacząć prace od zera w każdej chwili życia, z tym wszystkim kim jesteśmy, z całym bagażem doświadczeń jaki otrzymaliśmy wcześniej w swym życiu. Jest sposób na uporządkowanie naszej przestrzeni wewnętrznej. Metodą która pozwala nam oczyścić pole działania by obrócić głowę do przodu jest rekapitulacja. Don Juan i jego uczeń Carlos Castaneda wyraźnie mówią, że podstawą do rozpoczęcia pracy nad sobą i nauki jest uwolnienie energii, która jest uwięziona w naszej osobistej przeszłości. Za przeszłość uważam tu nasze dzieciństwo i okres edukacji. O tym samym mówi Cleargreen, fundacja którą powołał C.C. celem kontynuowania przekazanej przez niego wiedzy. Nie tylko oni. Wiedza ta jest i była znana nielicznym, obecnie jest tylko bardziej dostępna. Otóż mówią oni wszyscy zgodnie o tym, że rekapitulacja jest podstawą do świadomego wyboru i dalszej pracy na ścieżce serca i nie tylko. Rekapitulacja uwalnia bardzo dużo energii, którą nieświadomie więzimy w przeszłych wydarzeniach z naszego życia. Było to już wielokrotnie powtarzane. Naprawdę. Niejednokrotnie jest mi przykro gdy spotykam ludzi, którzy szukają mocy gdzieś na zewnątrz lub wizji w roślinach, biegają po krzakach, śmiało spoglądają przed siebie jednak cały czas wloką za sobą przytwierdzone do pleców fortepiany pełne zdechłych łosi. Trudno jest cokolwiek zdziałać będąc jednocześnie mniej lub bardziej pogrążonym w starym systemie myślenia. Opiszę ten proces myślowy krótkimi słowami: mimimimimimimimi, jajajajajajajajajajajaja. Niestety nie tędy droga! Jest to wtedy tylko dokarmianie latawca, choćby niewiadomo jak było z pozoru ezoteryczne czy też jakieś duchowe i tak zawsze może zostać zredukowane do słów: ja i mi. Piszę o tym dlatego, że sam też dałem się nabrać i błądziłem po chaszczach. Takich prawdziwych jak i duchowych. Trudno. Nigdzie mnie to nie doprowadziło. Dopiero gdy zawróciłem i zacząłem praktycznie od początku to wreszcie coś zaczęło układać się tak jak należy. : )
Ponieważ bezpośrednio nie uczestniczę w edukowaniu kogokolwiek i osobiście nie interesuje mnie też wychowywanie dzieci – mogę dzięki temu, że stoję gdzieś obok, dostrzec różne być może nowe aspekty, które czasem są niewidoczne dla osób zaangażowanych bezpośrednio wychowywaniem dzieci. Oznacza to tylko tyle, że emocjonalnie nie muszę wiązać się z zagadnieniem o którym piszę. Naprawdę nie ma potrzeby komuś mówić co ma robić. Mówi się tylko do ludzi, którzy chcą cię słuchać. Cała reszta wiadomo co robi… Ten mój brak bezpośredniego zaangażowania w kwestiach związanych z dziećmi, pozawala mi na formułowanie jakiś nowych wniosków niż te które siłą rzeczy przynależą do zbioru osób czynnie uczestniczących w procesie wychowywania. Jakość tych wniosków każdy ocenia sam w własnej praktyce. W tym miejscu dzielę się tylko własnymi obserwacjami! Wcale nie ośmielam się twierdzić, że są one w jakiś sposób skończone i absolutne. Stanowią tylko część opisową procesu. Części doświadczalnej w tym miejscu nie dam rady przecież zaprezentować ponieważ jak sama nazwa wskazuje trzeba ich samemu doświadczyć! We wstępie o tym pisałem. Trzeba działać by połączyć to co jeszcze nie ma z tym co już jest. A życie przejawia się gdzieś pośrodku…
Kwestie rodzinne są zawsze bardzo osobiste i jak wiemy często też traumatyczne, czyli bardzo prywatne, więc każdy powinien się z nimi uporać sam na własnej ścieżce rozwoju, a ogólnodostępne forum nie jest miejscem na takie wypowiedzi. To jest tak jak pisał Castaneda, przechodzisz dalej albo zostajesz tkwiąc w starym schemacie. Zawsze sam wybierasz tak jak i CC sam wybrał i dobrowolnie wrócił do DJ i dalszej nauki po jakimś czasie.
Być może moje prywatne odkrycie związku bieżących emocji tych z tu i teraz – z tym w jaki sposób zostaliśmy wychowani – nie jest wcale czymś nowym, a za to jest już w kręgach ludzi światłych dobrze znane, co czyni tę myśl mało-odkrywczą, trudno tak też bywa. Jednak nadal uważam, że pozostawianie i przemilczanie tego tematu oznaczało by dla mnie bierną akceptację aktualnego stanu rzeczy.
Żadnych zastępczych recept, opinii, ani praktyk związanych z wychowaniem, w tym miejscu nie będzie!
Nikt, w tym miejscu nie będzie mówić nikomu jak ma wychowywać, albo kogoś edukować. Takie kwestie powinny być rozwiązywane indywidualnie! Internet jako medium służy tylko do wymiany spostrzeżeń, po całą resztę tj opinie i konkretne osobiste porady trzeba się już ruszyć i zacząć działać i doświadczać tych spraw, bo raczej każda wiedza nie poparta doświadczeniem pozostaje tylko pustymi słowami… Każdy człowiek ma swój własny punkt widzenia, osiągnięty dzięki połączeniu osobistej wiedzy z doświadczeniem, dlatego zakładam że nie ma możliwości napisania jakiejś treści, która będzie w pełni zrozumiana jednakowo i tak samo przez wszystkich czytających. Stąd też treść w tym miejscu ma taką formę a nie inną. Ciągle ją reformuję, aby nawet niechcący nie wyrządzić komuś jakieś szkody tym co piszę. Rozpocząłem na serio pisać w tym wątku początkiem stycznia br. aktualnie jest to już chyba piąta – gruntownie zmieniona wersja tego tekstu i jestem pewien, że o wiele lepsza od tych poprzednich. :)
*
Poświęcenie
*
Aby szczerze i naprawdę zrobić coś dla drugiego człowieka to trzeba się temu poświęcić. Profesje nauczyciela, szamana i kapłana zawsze wiązały się w świadomości ludzi z powołaniem i poświęceniem. Ciekawe czemu? Interesujące. : )
Nawet zwykły wojownik wie, że to co robi, czyni bez oczekiwania na nagrodę, a prosty człowiek zawsze żąda zapłaty za swe poświęcenie. Spróbuję zatem zbadać powyższe myśli, jednocześnie rozwijając i nawiązując do tematu wychowania.
W pierwszej kolejności zacytuję słowa polskiego podróżnika i filmowca Tonego Halika. Być może to co on pisze o wchodzeniu Indian w dorosłość okaże się pomocne. Jeśli ktoś nie orientuje się kim był Tony Halik, ten wiecznie uśmiechnięty obieżyświat, to proszę sobie poczytać najpierw TU. Jak się już nieraz przekonałem nie tylko tzw uznani mistrzowie i nauczyciele podpowiadają nam coś ciekawego, wesołego i mądrego. Inspirację można czerpać z różnych źródeł. Oddaję zatem teraz głos Tonemu Halikowi by wypowiedział się kilka słów o podejmowaniu praktycznych życiowych decyzji Indian z plemienia Karaja, zapisanych w książce pt: „Z kamerą i strzelbą przez Mato Grosso.”
„Wieczór kawalerski Karaja – czyż nie jest wyrazem szczerości i mądrości? Nim młodzieniec zwiąże się z dziewczyną, która go wybrała, a tym samym zmieni swoje życie na zawsze, wojownicy uświadamiają mu piękno i dramat takiego wyboru. Nie będzie już spędzał czasu z kolegami, a i wrota kariery zatrzasną się przed nim na zawsze. Jego ciało nie będą nawiedzać duchy selwy, co jest przywilejem najodważniejszych, bo nie będzie już mógł dawać wyrazu swej odwagi. Od tej chwili miłość i codzienne obowiązki odbiorą siły jego duszy i ciału. Jutro już nie będzie go wśród dumnych i godnych wojowników… ale ma jeszcze czas by przemyśleć swoją decyzję… W chacie żony zazna miłości, słodyczy zupy z manioku, zakosztuje radości z pieszczoty główki swego dziecka, ale też troski zachmurzą jego oblicze… Gdy pozna cierpienie żony w godzinie porodu… ból i cierpienie wycisną strumienie łez… gdy usłyszy skargę skrzywdzonego dziecka, albo gdy któreś z nich zachoruje, a może nawet umrze, jego serce będzie pękało z bólu. Bo dla miłości trzeba się wyrzec wolności: przygód w selwie, rzeki adrenaliny, śnienia, nawet kontaktów z duchami. Trzeba zapomnieć o męskich eskapadach i pojedynkach z niebezpieczeństwami. Nie można być młodzieńcem, wojownikiem i głową rodziny jednocześnie. Ale młody chłopak ma wybór. Zanim podejmie decyzję, dziewczyna Karaja zaprasza go do chaty swoich rodziców, ci udają że niczego nie widzą ani nie słyszą. :) Młodzieniec ma prawo gościć w ich chacie przez trzy noce. Jeśli dziewczyna uzna, że te noce potwierdzają słuszność jej wyboru, daje chłopakowi matę. Jeśli tego nie zrobi obydwoje mogą swoich połówek szukać dalej. Nikt też nie ściga jego ani jej nie wytyka palcami jeśli po tym krótkim okresie narzeczeństwa pojawi się dziecko. U Karaja od wieków rodzą się tylko dzieci, a nie bękarty.”
[Cytat za: Tony Halik - „Z kamerą i strzelbą przez Mato Grosso.” Po więcej takich ciekawostek odsyłam do w/w książki.]
Porównując świadome decyzje tych niby dzikich Indian co do dalszego kształtu ich prywatnego życia wewnątrz społeczności, to w takim porównaniu nasze europejskie społeczeństwo wydaje się być w dużej części społeczeństwem dzieci, które na sposób dzieci: wybrały na niby, albo ktoś za nie wybrał. Przykładowo sprawiają wrażenie, że wybrali życie w rodzinie wraz z pełną odpowiedzialnością związaną z tym wyborem, ale w tym samym czasie to co robią z swoim życiem świadczy zupełnie o czymś innym. Czemu dają wyraz poprzez brak zainteresowania losem swych dzieci, a co za tym idzie ciągłym poszukiwaniem gdzieś tam na zewnątrz jakiś nowych podniet i bodźców, wszystko jedno jakich. Wynikiem takiego postępowania rodziców są problemy wychowawcze lub emocjonalne pojawiające się u ich dzieci. Patrząc na to zagadnienie z punktu ego, to wygląda to jak ciągłe pozostawianie sobie furtki, którą w razie napotkania po drodze jakiś trudności można się nawet wymknąć, jednocześnie świetnie samemu się przed sobą usprawiedliwić. Skoro coś się nie powiodło to przesiadam się szybko w inny model życia i już wszystko jest wtedy dobrze? Dostrzegalnym na pierwszy rzut oka powodem takiego postępowania, są między innymi wyraźnie braki i luki w wychowaniu oraz w edukacji mechanicznej. Widać nie ma aktualnie w społeczeństwach zachodnich potrzeby by dzieci mogły o czymś decydować i wybierać. Widocznie jest o wiele łatwiej manipulować takimi niby dorosłymi dziećmi, które nic świadomie w swym życiu nie wybrały.
Nawet w naszej pradawnej europejskiej tradycji zawsze gdzieś były takie osoby, np. kapłanki, kapłani lub czarownice, szamani itp. czyli osoby które świadomie rezygnowały z posiadania dzieci. Rezygnacja ta zawsze wiązała się z pracą na rzecz całej społeczności. To nie były osoby bezproduktywne, które zajmowały się jedynie własnymi sprawami! Dopiero później ten pierwotnie szlachetny wzór zatracił swe znaczenie, a ludzie poddali się lenistwu, obżarstwu dzięki którym rozpoczęło się wielkie złodziejstwo i oszustwo. Indianie opisani przez T.H. zajmowali się kultywowaniem swego modelu społecznego, aż do chwili gdy nie zostali wymordowani przez białych. Przykładowo wojownicy robili różne rzeczy dla swej społeczności. Robili to po to, by ci którzy poświecili swe życie dla wychowywania dzieci mogli to wykonywać w spokoju i tak jak należy. W takim świetle nikt wtedy nie ma lżej lub łatwiej w swym życiowym wyborze, jedni i drudzy muszą poświęcić się temu co robią. Nigdzie nie ma lekko albo miękko, jak to się ostatnio lansuje w naszej zachodniej cywilizacji. Poświęcenie na rzecz właściwego wychowania dzieci jest ogromne i o wiele istotniejsze dla przetrwania gatunku jako takiego, niż choćby to czym zajmują się wojownicy czy kapłani. Naprawdę nie ma co traktować tego tematu lekko i uważać, że jest on bez znaczenia dla całego dalszego życia dziecka, które bardzo szybko dorasta i staje się pełnoprawnym członkiem społeczności. I co wtedy?
Prawdziwe poświęcenie dla tego co się robi nadaje temu sens i daje realną satysfakcję. Obojętne co by to było.
*
Wiara
*
[Wcale nie będzie mi łatwo napisać o wierze i duchowości w naszym polskim katolickim kraju. Kraju raczej religijnym. Jednak spróbuję napisać choć kilka słów, jednocześnie powstrzymując się od wyrażania opinii, które niech każdy czytelnik sformułuje już sam. Czynię tak aby nie tworzyć nowych konfliktów.]
*
Od wczesnego dzieciństwa uczeni jesteśmy wiary w różne cudowne zagadnienia oraz cudowne postacie. Dzieci w naszej europejskiej kulturze mają już bardzo wcześnie wytworzoną naturalną wręcz potrzebę obcowania z tym co nadprzyrodzone. Mówię tu nie tylko o tzw św. Mikołaju. Następnie ten było nie było ale zawsze jakiś szlachetny i pozytywny wzorzec zostaje potem systematycznie rozmontowywany na kawałki. Młody człowiek dorastając, jeśli tylko ma oczy otwarte, to zaczyna wreszcie pojmować, że tak jak w dzieciństwie, cały czas obiecują mu jakieś ciekawe rzeczy, które otrzyma jak będzie grzeczny ale zawsze otrzyma je znacznie później, kiedyś, a teraz musi płacić gotówkę albo coś zrobić, aby utrzymać swą religijność i kontakt z tym co jest wyżej. Taki stan młodemu człowiekowi może być już znany, ponieważ często już wcześniej w dzieciństwie zetkną się z oszukiwaniem, wiec to naturalne, że zaczyna analizować. To jeszcze nie jest moment na ocenianie. Narazie dostrzega, że w swym tu i teraz ma płacić np. na tace, albo płacić swą gorliwością, w zamian tu i teraz otrzymuje często same słowa, które mówią o tym, że kiedyś będzie wynagrodzony. Dostrzega, że bardzo rzadko otrzymuje pomoc, która jest mu potrzebna już tu i teraz w jego życiu, a nie kiedyś tam w przyszłości albo po śmierci. Jeśli w tu i teraz pojawia się problem lub konflikt, to siłą rzeczy kończy się analizowanie i ocenianie, ponieważ trzeba wtedy zacząć działać. Często też słowa, które opisują wiarę, duchowość i religijność są puste i bez pokrycia. Ludzie, którzy zajmują się i wypowiadają o religijności i duchowości często nie poświęcają się temu co robią, a wyznawcy przecież to widzą. Różni ludzie używają tylko samych wzniosłych religijnych słów, jednak ich czyny i życie, przeczą temu co mówią. Wtedy jest oczywiste, że jeśli tylko ktoś analizował wcześniej, to co było mówione z faktycznym stanem rzeczy, to dostrzeże rozbieżności. Mogą pojawić się nawet realne doświadczenia, które zaprzeczą temu co jest z namaszczeniem wypowiadane w religijnym słowotoku na temat wiary i duchowości. Dzieje się tak pewnie dlatego, bo w świadomości społecznej nie od dziś istnieje jawne przyzwolenie dla oszustwa, w którym można mówić coś innego, a robić coś zgoła przeciwnego.
Opisałem ten przykład po to aby krótko i na temat podsumować i napisać to co mam na myśli jeśli chodzi o zagadnienie religijności w połączeniu z wychowaniem.
Konflikt powyżej opisany może powielać się i przejawiać w szeregu różnych emocjonalnych obszarów aktywności ludzkiej, tj; w osobistym wnętrzu, a potem w relacjach z rodziną lub najbliższą osobą, w społeczności gdzie żyjemy i pracujemy, a na koniec konflikt z Stwórcą. [Taki konflikt może mieć też pochodzenie karmiczne, niekoniecznie musimy nabawić się go w tym życiu, ale o tym teraz nic nie napiszę, bo ten wątek jest o czymś innym.]
Problemy jeśli już się przejawiają to mogą dotyczyć któregoś z tych obszarów oddzielnie, jednak zwykle idzie to całą serią. :) Pierwsze trzy obszary konfliktów są całkowicie opanowane przez różne psychologie i inne takie metody, które zostały opracowane przez ludzi, którzy udoskonalili jedynie specjalne metody na uspakajanie ludzkiego ducha. Po zastosowaniu takich metod problemy i tak mają się nadal wyśmienicie, są tylko uspokojone. :) Zauważyłem, że często konflikt z najwyższym jest całkowicie pomijany w dalszej pracy nad sobą i nie mnie dociekać dlaczego tak się dzieje. :) Skoro temat już poruszyłem to trzeba go wyjaśnić. Aby przybliżyć się do zrozumienia tego o co mi chodzi, trzeba przypomnieć sobie to co Carlos Castaneda pisze o stwórcy. On pisze coś o Orle. Pisze wyraźnie, że należymy do Orła bo to nasz Stwórca, ba nawet wracamy do niego po śmierci, co jest opisane nie tylko u C.C. :) Następnie pisze on, że wojownik ofiarowuje Orłu swoje emocje, których doświadczył w życiu, a jak już wojownik upora się z starymi doświadczeniami, to te co dzieją się na bieżąco też oddaje Orłu, oddaje to co doświadcza w swym życiu. Ofiarowuje mu swe „doświadczenia”, po to by być czystą i jasną świadomością. Ciekawe. Orzeł jest Stwórcą. Dobra wiadomość: Stwórca jest. :) Dobrze. Pójdźmy krok dalej: trzeba coś dla niego robić! Ojej, tj coś można mu ofiarować…? Coś takiego! Brak mi słów… :D
Ten Castaneda to fajny człowiek, szanuje go i uważam za mojego nauczyciela. Pomógł mi wielokrotnie, wiec czuje wdzięczność i radość. Usiłuję tu coś tylko przekazać. Jednak przekonania trzeba mieć już swoje własne. (Doświadczenie) Tak jak wcześniej wspominałem powstrzymuje się od pisania o metodach (a są takowe) lub osobistym komentowaniu tego tematu. Uważam że czytają tę stronę mądrzy ludzie, dlatego więcej nie ma potrzeby tego opisywać. Każdy powinien wiedzę łączyć z własnym doświadczeniem (praktyką) czyli tym co czuje, że jest dla niego dobre. Nie ma potrzeby tłumaczenia i przekonywania do czegoś. Pisząc te słowa pragnę przypomnieć jedynie, że Stwórca istnieje. Dlatego jeśli ktoś rozwija się i pracuje nad sobą lub jest dla innych ludzi jakimś trenerem lub nawet tylko rodzicem, to powinien pamiętać o istnieniu Stwórcy. Zawsze od czegoś trzeba zacząć. Moim zdaniem akceptacja Stwórcy jest dobrym początkiem. Wszystko jedno w jaki sposób jest on przez nas pojmowany lub rozumiany. Religie nie mają tu też nic do rzeczy, bo Stwórca dla każdej religii jest przecież zawsze ten sam. Wygładzenie połączenia z najwyższym to dobra sprawa, znika wtedy dużo cierpienia i problemów.
To tyle na dziś. 09.06.08
*
cdn – kiedyś nastąpi :)
*
[Pojedyncze zdania oraz wyrażenia, pisane kursywą mogą być nieumyślnymi cytatami, w tej chwili nie potrafię wymienić wszystkich ich przeróżnych autorów oraz pochodzenia wypowiedzi, wcale też nie pragnę przypisywać sobie ich autorstwa.]
*
Kolejny nowy tekst, ale nie związany z tym co napisałem powyżej znajduje się tu: Kilka słów o emocjach
Zapraszam i przy tej okazji wszystkich czytających pozdrawiam. :)
Piotr

Wczytuje ...